TECH – to lubię!

Niezależny blog o technologii – dowiecie się tutaj co lubię, a co mi się nie podoba. A czy Wam to przypadnie do gustu? Cóż… to mój blog, więc mało mnie to interesuje :)

Różne

YouTube Premium – czyli muzyczny stream, który walczy z moją wewnętrzną cebulką

Szczerze mówiąc, gdy usłyszałem, że Google uruchamia w Polsce YouTube w wersji premium, kolokwialnie rzecz ujmując „zlałem temat”. „Znowu jakiś abonament i maszynka do wyciągania pieniędzy, tylko po to żeby wyłączyć reklamy?” – polska cebulka mocno przeciągała na swoją załzawioną stronę. No ale w sumie, czemu nie spróbować? Czemu nie dać szansy, skoro przez 3 miesiące i tak jest za darmo? I tak, nie znajdując rzeczowego kontrargumentu, uruchomiłem entą subskrypcję. A najciekawsze jest to, że może być wyjątkowo trudno rozstać się z nią.

W swojej historii już nieraz podchodziłem do streamingów różnej maści. Przeszedłem chyba wszystkie możliwe opcje (a przynajmniej te dostępne na polskim rynku), ale jak do tej pory nie znajdywałem uzasadnienia, by pozostać z nimi na dłużej po bezpłatnym okresie próbnym. O ile z serwisami wideo nie mam większych problemów, a wydatki na nie jestem w stanie uzasadnić dość dużym apetytem rodziny na różnej maści seriale i bajki, tak audio zawsze pozwalało znaleźć sobie sensowną alternatywę. I jak się tak dłużej zastanowić, tą alternatywą koniec końców okazywał się często właśnie YouTube.

Niestety, Google świadomie nałożył pewne ograniczenia, które albo drenowały baterię (bo ekran urządzenia musiał prezentować okno aplikacji), albo wywoływały frustrację pojawiającymi się znikąd reklamami. I oczywiście, nie można było zapisywać plików w pamięci urządzenia, ale niespecjalnie mi na tym zależy, bo raczej nieczęsto rzucam wszystko i jadę w Bieszczady (lub w inne miejsca o losowej jakości zasięgu). I wszystkie te problemy znikną za 23,99 zł [tak, w zwykłym sklepie za tę cenę też znajdziemy gotowe rozwiązania problemów, ale raczej nie na cały miesiąc :)].

Jak widać na załączonym obrazku, jest jeszcze opcja subskrypcji za 19,99 zł, ale wtedy zostajemy tylko z aplikacją muzyczną, a za kolejne 4 zł pozbędziemy się mobilnych ograniczeń YouTube’a. Aplikacja teraz prezentuje w logo dumne „Premium”, pozwala na odtwarzanie filmów w postaci pływających okienek czy na sterowanie z poziomu obszaru powiadomień. I coś, do czego – wbrew pozorom – ciężko się przyzwyczaić, a mianowicie wyłączenie ekranu nie wywołuje zatrzymania odtwarzania. Z jednej strony super, bo wreszcie odtwarzanie działa w tle, a z drugiej trzeba pamiętać o zatrzymaniu odtwarzania, gdy chcemy zablokować urządzenie (trudno, przeboleję :)).

Argumentem Google w walce z innymi dostawcami jest fakt, że wie o mnie wszystko. Wie, co lubię oglądać i czego lubię słuchać (pomijam inne kwestie, bo totalna inwigilacja nie jest przedmiotem tego materiału), a dzięki tym informacjom potrafi dość precyzyjnie dobrać dla mnie repertuar. W dodatku możemy mu też trochę w tym pomóc, wskazując ulubionych wykonawców. Ja w jakichś 90% przypadków korzystam z „Twojej składanki”, która stara się maksymalnie zautomatyzować całą obsługę apki. Nie twierdzę, że zawsze idealnie trafia w mój gust, ale szybkie przeskoki przez osłuchane utwory nie zmniejszają w jakimś znacznym stopniu komfortu użytkowania.

Dzisiaj nie jestem w stanie ocenić, czy zrezygnuję z subskrypcji po zakończeniu okresu próbnego, ale wszystko wskazuje na to, że zostaniemy razem na dłużej 🙂

Leave a Reply