TECH – to lubię!

Niezależny blog o technologii – dowiecie się tutaj co lubię, a co mi się nie podoba. A czy Wam to przypadnie do gustu? Cóż… to mój blog, więc mało mnie to interesuje :)

Sprzęt

Google Home Mini – taka tam fanaberia

Pixel sprawił, że przeszedłem (tylko trochę!) na ciemniejszą stronę mocy, chociaż fanboyem Google bym się nie nazwał. W każdym razie, przyszedł czas, kiedy to stwierdziłem, że skoro Google i tak wie o mnie wszystko, to nie ma już co ukrywać – niech mnie usłyszy! I tak w moim salonie zagościł nowy głośniczek…

Szczerze mówiąc, kupowałem trochę w ciemno, bo do końca nie znałem jego wad, a jedna z nich dała o sobie znać tuż po włączeniu. Otóż, mimo że mogę pogadać ze swoim asystentem po polsku w telefonie, okazuje się, że głośnika to nie interesuje i ma swoje języki… I tak mam taki mały paradoks – mogę wydawać polskie komendy do telefonu, ale ja i mój głośnik wyznaczamy sobie zachodnie standardy, porozumiewając się po angielsku. Oczywiście, teraz mogę szukać pozytywów typu „dzięki temu nauczę się lepiej mówić po angielsku!”, ale jest to tylko półprawda, bo – mimo wszystko – wolę powiedzieć „wstrzymaj odtwarzanie” niż „pause playing”. Tym bardziej, że słucha mnie mój 4-latek intensywnie łapiący każde słowo, który ze smutkiem dowiaduje się, że „ok Google, włącz baję” nie działa…

Aha, właśnie, głośniczek w jakichś 70% pomaga mi w sterowaniu odtwarzaniem na chromkaście (wybaczcie, nie wiem jak poprawnie odmienić Chromecast w tym przypadku ;)). Tak, czy owak, nieraz już mówiłem „Play [nazwa filmu] on Netflix”. A później już głosowo obsługiwałem wszelkie pauzy – super! Na drugim miejscu jest komenda „Play RMF FM on TuneIn Radio”, tak więc głośnik w pełni zastąpił też moje domowe radio. Jeszcze lepiej byłoby, gdybym mógł zawsze włączać radio o ustalonej porze, na przykład po budziku, ale na ten moment nie znalazłem takiej możliwości. Trzecie miejsce to „Find my phone!” – asystent spyta, o który dokładnie telefon chodzi (jeśli jest kilka w zasięgu) i uruchomi dzwonek. Nothing special, ale szybciej niż z zegarka 🙂

Głośnik pełni też trochę funkcję „chromecast audio”, bo wybierając charakterystyczną ikonę do przesyłania treści, teraz, obok telewizora, pojawia się również głośniczek (oczywiście, tylko dla treści audio). I jest to też przewaga nad typowymi „sinozębnymi” głośnikami, bo nie wymaga stałego połączenia z telefonem, a jedynie dostępu do Wi-Fi.

Całościowo muszę przyznać się, że zakup tego głośnika muszę zaliczyć do „fanaberii”, bo jakoś znacząco nie zmienił mojego życia. Nie jest też gadżetem must have i w ogóle zastanawiam się ile prądu zeżre ta – jakby nie było – ciekawostka. A propos, pamiętajcie, że to nie jest typowy głośnik Bluetooth i bez dostępu do gniazdka nie skorzystacie z niego…

Najgorsza jednak jest odpowiedź na pytanie „czy drugi raz byś go kupił?”. Bo mimo braku mocnych argumentów na jego korzyść, nadal bym go kupił… Może dlatego, że spodziewam się obsługi polskiego języka w połowie 2019 (mimo, że z asystentem mamy dogadać się już w połowie stycznia, to głośniki rządzą się swoimi – zwykle półrocznymi – opóźnionymi prawami). A może dlatego, że to po prostu fajny gadżet… Tak, to to 🙂

1 KOMENTARZ

Leave a Reply