TECH – to lubię!

Niezależny blog o technologii – dowiecie się tutaj co lubię, a co mi się nie podoba. A czy Wam to przypadnie do gustu? Cóż… to mój blog, więc mało mnie to interesuje :)

Hejt

Bolt w Rzeszowie [Tego nie lubię #2]

Do mojego rodzinnego Rzeszowa zawitał Bolt, czyli niegdysiejsze Taxify. Pojawił się więc od razu pomysł: „a może by tak mój nowy gadżet zarobił trochę na siebie?” I tak, zacząłem szukać, czytać, rozpytywać, a dzisiaj mogę już się zalogować i stać się aktywnym kierowcą. Sęk w tym, że wolę tego nie robić…

Szczerze pisząc, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek wezmę pod uwagę akurat taką formę zarobku, ale „dlaczego nie?” Przecież nikt mi nie każe siedzieć cały dzień w samochodzie. Mogę nawet wskazać, że jadę w konkretnym kierunku i akurat ktoś będzie szukał kursu na mojej trasie. Mogę cały tydzień nie pracować, a dorobić tylko parę złotych na weekendach. I ta elastyczność do mnie trafiała, bo była po prostu wygodna. Efekt potęgowały też raporty niektórych youtuberów i blogerów, którzy przez raptem godzinę-dwie dziennie dorabiali po 100-150 zł dziennie. Sami chyba przyznacie, że w skali miesiąca jest to całkiem przyzwoity zarobek, który wcale dużo czasu nie kosztuje. I to wszystko bez specjalnych licencji i uprawnień, bez kasy fiskalnej. Pięknie, prawda? Ale pojawiają się też schody, i to całkiem wysokie.

Ze względu na niskie bariery wejścia na rynek kierowców, jesteśmy narażeni na przygody z Inspekcją Transportu Drogowego, zwykle inicjowane przez pracowników korporacji taksówkarskich. I w sumie trudno się temu dziwić, bo to oni inwestują w uprawnienia i sprzęt, by legalnie świadczyć usługi transportu osobowego, a tu przychodzi „byle chłystek z ulicy” i rozwozi ludzi po mieście. Nie ma to nic wspólnego pewnym poziomem elitarności, którym kiedyś chełpili się taksówkarze.

Ponadto, taka konkurencja stanowi po prostu ogromne zagrożenie finansowe dla nich, bo jest po prostu taniej. Standardowa stawka w Bolt to 4 zł za „trzaśnięcie”, a potem 1,30 zł/km, 0,25 zł/min. Dla porównania Radio Taxi: 7 zł na start, 2,40 zł/km w dzień, a 3,60 zł/km w nocy, a poza danym obszarem jest tylko drożej. I tutaj Bolt nie pozostawia na konkurencji suchej nitki, bo podane stawki obowiązują niezależnie od godziny i dnia tygodnia, a dodatkowo w przypadku Rzeszowa terytorium rozciąga się na jakieś 25 km od granic miasta (bodajże od Boguchwały po Sokołów Młp.).

To jakie oręże pozostaje do walki? Ano właśnie Inspekcja Transportu Drogowego. Ta może nałożyć od kilku do kilkunastu tysięcy zł mandatu. Wszystko zależy od tego, czy mamy licencję na przewóz osób, wykonane testy psychotechniczne, czy jest kasa fiskalna, a samochód spełnia standardowe wymogi techniczne. Takich uwarunkowań pewnie znalazłoby się jeszcze wiele. To jak to się dzieje, że Bolt, w którym jeździmy przecież bez kasy fiskalnej (przejazdy bezgotówkowe realizowane tylko za pośrednictwem aplikacji), a kierowcy nie muszą mieć licencji, trzyma się na rynku i wchodzi do kolejnych miast? Część odpowiedzialności przerzuca na Partnera, a część bierze na siebie, przynajmniej w teorii, ale o tym za chwilę.

A jeśli już przy Partnerach jesteśmy, jakież było moje zdziwienie, gdy po rejestracji na stronie Bolt, po pewnym czasie, gdy dostałem informacje o pozytywnej rejestracji, zobaczyłem inne konto rozliczeniowe oraz nazwę jakiejś firmy… Okazało się, że w przypadku braku własnej działalności gospodarczej, możemy zawrzeć umowę tylko za pośrednictwem Partnera. I to jest jak najbardziej sensowne podejście. Gorzej ma się sprawa samej współpracy na linii ja – Partner, bo widzę na niej zbyt dużo niejasności.

Zacznijmy od tego, że Partner zachęca mnie do wynajęcia mojego samochodu swojej firmie, co będzie równoznaczne z mniejszym podatkiem, bo tylko ok. 8,5%, co stanowi „ucieczkę” od zwykłego podatku dochodowego. Za to musimy jednak przesyłać faktury za paliwo i części do partnera, co ma jeszcze zmniejszyć ostateczny podatek, a o jego finalnej wysokości dowiadujemy się przy rozliczeniu. Potem co miesiąc odprowadzamy podatek do Urzędu Skarbowego i załatwione… Co ciekawe, możemy pożyczyć komuś swoje auto tylko na podstawie pisemnej zgody, którą dodatkowo przesyłamy mailem do firmy… Więc tak, w tym trybie współpracy, napędzam koszty partnerowi, a sam „bujam się” ze skanami faktur i US – sorry, to nie dla mnie. Na szczęście 8% podatek VAT, który doliczany jest do każdego przejazdu, odprowadzany jest już automatycznie przez Partnera. Uff…

Z Partnerem podpisujemy jeszcze Umowę Zlecenie, która w mojej ocenie jest dziurawa jak ten przysłowiowy ser. Niestety, nie mogę przytoczyć całej treści, ale nie ma w niej nawet informacji, jaką wysokość prowizji pobiera Partner od kursu. Jest za to informacja, że do mnie trafia część pieniędzy już po odliczeniu stawek Bolta i Partnera, a ile? Who knows Okazuje się też, że wcale nie jestem tak do końca „panem własnego czasu”, bo za rozliczenia z Partnerem trzeba płacić przynajmniej raz w miesiącu – w tym przypadku ok. 100 zł. Wypadałoby więc wyjeździć coś ponad tę kwotę, która stanowiłaby już taki „zysk netto”.

Aha, dostajemy jeszcze licencję na przewóz osób wystawioną na Partnera, co powinno w jakimś stopniu nas zabezpieczyć. W końcu jeździmy autem tej firmy, bo je im wynajęliśmy, mamy podpisaną umowę zlecenia, więc powinna zadziałać zasada „ja mam rączki tutaj!”, a Wy, droga Inspekcjo, bawcie się z Partnerem i Boltem.

Na koniec najważniejsza kwestia, która już częściowo została wyżej zaanonsowana, czyli zabezpieczenie prawne. W umowach z Partnerem nie ma słowa o wsparciu, natomiast w trakcie spotkań możemy usłyszeć, że w ostateczności to Bolt wyrównuje premią nasze straty finansowe. Zanim to się jednak zdarzy, to właśnie prawnicy Bolta walczą za nas w sądzie, a my – po dostarczeniu tylko niezbędnego wsadu informacyjnego – nie bierzemy dalej udziału w sprawie. Gdzie to zostało zapisane? Jaką mam mieć pewność, że tak faktycznie będzie? Niestety, pisemnie nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie.

Trochę śmieszne są również nauki mówiące, jak zachować się w przypadku kontroli Inspekcji Transportu Drogowego. Na przykład, jeśli to właśnie taksówkarze wzięli się za nasz kurs, wezwali ITD i czekają w naszym aucie na przyjazd, to, po pierwsze, mamy pełne prawo, aby ich wyprosić z samochodu, a w razie problemów wezwać policję, a po drugie możemy opuścić pojazd (już bez drażliwych pasażerów) i mieć sprawę czystą, bo ITD nie kontroluje samochodu tylko kierowcę…

Podsumowując, jeśli jeździć, to tylko z kompletem uprawnień na własnej działalności, bo inaczej łatwo narazić się na kontrole i upokarzające „chowanie po kątach”. Nie wyobrażam sobie, jak to w ogóle możliwe, że tysiące kierowców jeździ po Polsce we współpracy z Partnerami, bazując na tego typu umowach. Cóż, moja przygoda kierowcy z tą usługą skończyła się zanim się zaczęła, choć na pewno od drugiej – pasażerskiej – strony będę z niej korzystał.

Leave a Reply